O wybieraniu


W wisielczym nastroju wracałem z beznadziejnie pustego i ponurego lokalu wyborczego. Przygnębienie spowodowane było zarówno psią pogodą, jak i tym, że znów straciłem dla siebie odrobinę szacunku wybierając mniejsze zło. Przeskakując kałuże próbowałem przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz spełniłem swój obywatelski obowiązek oddając na kogoś głos z pełnym przekonaniem. I wyszło mi, że były to wczesne lata 90. – ten szczęsny czas, gdy wydawało się, że czeka nas świetlana przyszłość, a wszyscy Polacy to jedna rodzina. Potem było już jak w relacji z pierwszomajowego pochodu: “Przeszła Ochota, została tylko Wola”.

Gdy w uporczywej mżawce dotarłem do domu, doznałem czegoś na kształt olśnienia (a może po prostu zadziałał jakiś mechanizm obronny – z przeproszeniem – umysłu). Przyszło mi do głowy, że może właśnie o to chodzi? Że sceptycyzm w ocenie kandydatów to zdrowy i pożądany objaw? Że bezkrytyczne akceptowanie czyichś poglądów, a więc bezwzględne poparcie dla jakiegokolwiek kandydata to rodzaj zaślepienia i prosta droga w szeregi któregoś z komitetów wyborczych? Czyli koniec jasnego myślenia, a początek partyjniactwa…

Może. Niech każdy odpowie sobie sam. A potem pójdzie do tego cholernego lokalu i wrzuci kartę.


Otagowano: , ,

Kategoria: Słodko-gorzkie