O zakupach


Mignął mi gdzieś w TV szacowny zespół IRA i anegdota z czasów zamierzchłych mi się przypomniała.

Poznań, zima 92 czy 93 roku, jeden z pierwszych finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jako szalejący reporter akademickiego radia sprawozdaję imprezę na żywo. Za łącza bilateralne służy mi publiczny automat telefoniczny zasilany garścią służbowych żetonów, bo czasy są przedkomórkowe i przedinternetowe.

To także wiek niewinności, dziennikarze (nawet ci początkujący) są przyjmowani wszędzie z otwartymi ramionami, więc swobodnie pętam się za kulisami imprezy. Gwiazdą koncertu w Poznaniu jest zespół IRA. Psim swędem udaje mi się namówić dwóch jego członków na wizytę w naszej rozgłośni. Pakuję dwóch rosłych, długowłosych osobników do swojego malucha (tak, zawsze należałem do elity) i jedziemy do radia. Ale wcześniej muszę obiecać chłopakom, że po wywiadzie odwiozę ich do hotelu na after party.

Wywiad w radiu bez historii, najciekawsze zaczyna się dziać w drodze powrotnej. Jest już środek nocy. Chłopaki proszą, żeby zajechać do pobliskiego sklepu nocnego, bo muszą sobie kupić coś na kolację. Przypominam: jest początek lat 90., większość knajp w stolicy Wielkopolski jest czynna po Bożemu do godz. 22, sklepów nocnych jest w mieście może pięć.

Zajeżdżamy z fantazją “na Sokoła” (taki adres) i stajemy grzecznie w długaśnej kolejce, bo amatorów nocnych zakupów jest całkiem sporo. Na szczęście ogonek przesuwa się szybko, panie ekspedientki są sprawne, a klienci zdecydowani – zakupy mają od dawna przemyślane, kwoty należności precyzyjnie odliczone i w dłoniach wymięte. Dochodzimy do lady, jeden z muzyków zadaje pytanie:

– Ma pani jakieś pieczywo?

W sklepie pełnym rozgadanych i podpitych klientów zapada cisza. Pani sprzedawczyni patrzy przeciągle, ale podejmuje rękawicę:

– Mam bułki, ale z rana. Trochę czerstwe.

– Może pani pokazać?

Dostaję gęsiej skórki. To już jawna prowokacja. Pani przynosi w tytce dwie suche bułki i daje do pomacania.

– Mogą być – wyrokuje klient, a ja oddycham z ulgą. Nie na długo.

– A jakaś dobra wędlinka?

W kolejce podnosi się niepokojący szmer. Długowłosi, odziani w skóry dżentelmeni proszą się o kłopoty. Ja nie mam skórzanej kurtki, ale włosy raczej z tych dłuższych, można nie dostrzec różnicy w ferworze walki.

– Mam resztę szynki. Ile ma być? – pyta z lekkim drżeniem w głosie pani za ladą.

– A da pani z pięć plasterków. I serek topiony.

Zza pleców dolatują nas pierwsze “k*wy”, ciśnienie w sklepie wyczuwalnie rośnie. Zdenerwowana pani ekspedientka chce się nas jak najszybciej pozbyć. Podaje pakuneczek i pochyla się nad kasą.

– To wszystko?

– Prawie… Jaką wódkę pani poleca?

Robi się naprawdę gorąco. Spragnieni klienci ewidentnie doszli do granicy swojej wytrzymalości.

– Ta wyborowa z czerwoną kartką jest dobra – wydusza z siebie pani.

– OK, dwadzieścia butelek poproszę.

I z kilkudziesięciu gardeł wydobywa się zbiorowe: “Aaaaaa…”. Warto było ryzykować łomot, żeby usłyszeć w głosie ludzi taki szacunek.


Otagowano: , , , ,

Kategoria: Słodkie