O skali


Po raz pierwszy od lat (acz z niekłamaną przyjemnością) zignorowaliśmy Piknik Naukowy A.D. 2014. Postąpiliśmy z żelazną konsekwencją, bo rok wcześniej po powrocie z “nowego otwarcia” imprezy na Stadionie Narodowym przysięgliśmy sobie, że noga nasza na tej niegdyś zacnej imprezie więcej nie postanie.

Przez kilka lat regularnie i z przyjemnością odwiedzaliśmy całą rodziną imprezę, gdy ta odbywała się w parku na Powiślu. Było tłoczno, ale przyjaźnie i swojsko. Dzieci z wypiekami na twarzach patrzyły w okulary mikroskopów, prokurowały wybuchy wulkanów, gadały piskliwymi głosami po sztachnięciu się helem, budowały modele samolotów, rysowały i lepiły, a do domu wracały z głowami pełnymi wrażeń i pytaniem na ustach: kiedy znów tam pojedziemy? Chciałoby się zapytać: komu to przeszkadzało?

A najwyraźniej przeszkadzało, skoro ten ktoś wpadł na pomysł, by ten sympatyczny piknik przenieść na błonia Stadionu Narodowego, uprzednio rozdmuchawszy go do granic możliwości. Organizatorzy buńczucznie zapowiadali w wywiadach prasowych, że “wchodzimy na wyższy poziom”, “zadziwimy europejskie stolice” i “zgromadzimy tysiące uczestników”.

Podczas Pikniku Naukowego A.D. 2013 tę trzecią zapowiedź udało się zrealizować bardzo sumiennie – za sprawą wielotygodniowej, nachalnej reklamy imprezy nieprzebrane tłumy wypełniły błonia Stadionu Narodowego i sam stadion szczelniej, niż podczas Euro 2012. Kilometrowe ogonki ustawiały się do eksperymentów, po baloniki, do kiosków z napojami i do toalet. Bez kolejki można było tylko wejść na płytę stadionu. Choć podobno tylko przed południem…

Efekt? Dzieci wróciły do domu rozczarowane, dorośli zniesmaczeni, a wszyscy ledwo żywi, bo trzeba było natłuc ładnych parę kilometrów po koronie stadionu i odstać łącznie kilka godzin w kolejkach, żeby przez chwilę popatrzeć przez lunetę albo kupić ciepły sok. Ale nie przeszkodziło to organizatorom ani sponsorom trąbić o gigantycznym sukcesie we wszystkich serwisach informacyjnych tego dnia i przez kilka dni kolejnych. Było super! Bo musi być super, skoro wszystkiego i wszystkich jest dużo, n’est ce-pas?

Zapytam może naiwnie: po co ta gigantomania? I czy “wchodzenie na wyższy poziom” nie oznacza tu wchodzenia na wyższy poziom absurdu? Bo po co komu imprezy, na których pojawiają się tysiące ludzi nie mających szansy na skorzystanie z głównych atrakcji, o toalecie nie wspominając?

Doskonale rozumiem potrzebę rozwoju. To naturalna kolej rzeczy i – co do zasady – bardzo zdrowy objaw. Wiadomo wszak, że kto stoi w miejscu, ten się cofa. Rozumiem też, że na dużych imprezach więcej się zarabia. Ale czy naprawdę taki Piknik Naukowy kogokolwiek czegokolwiek nauczy? A jeśli nie, to po co on jest?


Otagowano: ,

Kategoria: Gorzkie