O informowaniu


Oglądam często (bo inaczej się nie da) relacje telewizyjne z różnego rodzaju konfliktów zbrojnych na dalekim (ale i niepokojąco bliskim) świecie. I nachodzi mnie następująca refleksja.

Otóż pamiętam (jak przez mgłę, ale zawsze) bodaj pierwszą w historii telewizji relację na żywo z prawdziwej wojny – była to interwencja sił ONZ w Somalii w roku 1992. Lądujące na afrykańskich plażach “błękitne hełmy” zostały powitane przez sporą grupkę dziennikarzy i operatorów pod przewodnictwem ekipy CNN. Wreszcie mieliśmy inwazję live. I nie była to bynajmniej – jakże popularna dziś – “ustawka”, bo na twarzach “przywracających nadzieję” żołnierzy kontyngentu pokojowego malowało się autentyczne zaskoczenie. “Skąd się ta hałastra tu wzięła? Co teraz? Jak się zachować? Co groźniejsze: AK-47 czy DV-CAM?”

Ale my, młodzi wówczas dziennikarze, byliśmy w euforii! Przecież od tego momentu można wszystko pokazać na żywo, a więc obiektywnie i bez niedomówień! Wreszcie wiadomo, kto strzela, a kto upada! Nie trzeba wierzyć na słowo, można zobaczyć!

Bo jak telewizyjne relacje wojenne wyglądały wcześniej? Niewyraźne obrazy, do znudzenia powtarzane ujęcia, wycięte niewygodne fragmenty, pojedyncze wyreżyserowane kadry… I górujący nad tym wszystkim głos spikera, który precyzyjnie tłumaczył, co i kogo widzimy, oraz – co ważniejsze – kto jest dobry, a kto zły. I można było w to wierzyć lub nie. Ci, co wierzyli,  mieli czasem opinię “pożytecznych idiotów”, ale mieli przynajmniej w co wierzyć i na co się powoływać. A ci, co z góry odrzucali telewizyjną interpretację zdarzeń, byli na gorszej pozycji – nie mieli alternatywy. No, mieli co prawda radio i prasę, ale przecież to same słowa, bez ruchomego obrazu, a więc przekaz dziecinnie łatwy do zmanipulowania. Mieli też – popartą doświadczeniem – silną wiarę w to, że “oni zawsze kłamią”.  Ale to czasem mało.

No i ta relacja z 1992 roku na żywo miała to zmienić, raz na zawsze. Ale… cóż, nie zmieniła.

Ponad 20 lat później oglądam wydarzenia na Majdanie, potem na Krymie, potem we Wschodniej Ukrainie. Na żywo oglądam, a jakże. Zastępy korespondentów za pośrednictwem satelitów łączą się bezpośrednio z moim domem, by – pod osłoną hełmów i kewlarowych kamizelek – z przejęciem dawać świadectwo prawdzie. Ba, taki Majdan stale obserwują kamery, do których można się w dowolnym momencie podłączyć online i sprawdzić, czy rewolucja jeszcze żyje.

No to patrzę i patrzę. Ale im dłużej patrzę, tym mniej wiem. A raczej mniej wiem NA PEWNO. Bo w newsach BBC i Russia Today znowu widzę te same obrazy, za to z diametralnie różnym komentarzem.

Widzę na przykład materiał reporterski z Majdanu. W kadrze plecy postaci ubranej na zielono (mundur bez żadnych oznaczeń), która wychyla się za róg domu, przykłada do policzka kolbę karabinu snajperskiego, celuje i oddaje strzał. Spiker TVN grobowym głosem informuje: “Właśnie zginął kolejny bojownik niebieskiej sotni, wyrok wykonał zabójca z Berkutu”. Przełączam na moskiewską RT i… trafiam na to samo ujęcie – ten sam człowiek oddaje ten sam strzał. Ale komentarz jakby inny: “Faszystowski zbrodniarz właśnie zabił funkcjonariusza na służbie”. Widziałem akt? Widziałem. Wiem z całą pewnością, kto strzelał i kogo trafił? Ależ skąd…

Ale nie upadajmy na duchu, mamy przecież kamery internetowe! No to zaglądam na espreso.tv. Na szczęście jest dzień, więc cokolwiek widać. A konkretnie “Majdan z lotu ptaka” live. Czyli jakieś barykady, jakieś pojazdy, jakieś sylwetki ludzi. Prawie martwa natura, ożywiona gdzieniegdzie płomieniem pełznącym po stercie opon. I upiorna cisza, przerywana czasem głuchymi dźwiękami, którym towarzyszy krótki rozbłysk. Domyślam się, że to wybuchy. Kto strzela, kto podpala, kto ginie – nie widać.

Trochę lepiej pod względem wiarygodności przekazu wyglądają relacje z Krymu i Wschodniej Ukrainy – tu przynajmniej ludzie i sprzęt są odpowiednio oznakowani. A jak kto lub co jest nieoznakowane, to też wiadomo, co to znaczy. Ale nadal 80 proc. przekazu zajmują kadry nader uniwersalne: JAKIŚ człowiek strzela, JAKIŚ czołg jedzie, JAKIŚ budynek wylatuje w powietrze…

Taka klasyka gatunku: w kilku serwisach informacyjnych oglądam tę samą sekwencję – kolumna pojazdów wojskowych jedzie leśną drogą. – To Rosjanie przełamują granicę w Izwarynie – twierdzi TVP. – To armia ukraińska ucieka z Ługańska – zapewnia Rossija 1. Na ekranie zapada zmrok, oznaczeń nie widać, więc znów to, jaki wniosek wyciągniemy, jest kwestią wiary.

I dopada mnie deja vu – znów czuję ten przerażający dyskomfort sprzed z górą 20 lat: muszę wierzyć, choć nie widziałem. Na szczęście w odwodzie jest żelazna zasadę: “oni zawsze kłamią”. Telewidzowi wystarczy. Ale dla dziennikarza to trochę za mało. Czy zatem – cytując klasyka – musiało aż tyle się zmienić, by nic się nie zmieniło?


Otagowano: , , ,

Kategoria: Gorzkie