O budyniu


Słuchając anegdot znajomego z firmy jego przyszło mi do głowy określenie, które chciałbym niniejszym opatentować.

Otóż znajomek ów notorycznie… wali głową w budyń. Tak, w budyń właśnie.

Określeniem pierwotnym jest oczywiście “walenie głową w ścianę”. Ale ta czynność, choć zdecydowanie bardziej bolesna, zwiastuje znacznie szybsze rozstrzygnięcie. Nie tkwimy w niepewności, bo od razu okazuje się: albo moja głowa, albo ta cholerna ściana. I mamy jasność, choć czasem w oczach ciemno. A czasem ta jasność nawet krwawi.

Z budyniem nie jest tak krwawo, ale i nie tak szybko. Bo walenie głową w budyń wygląda tak: zmagając się dzielnie z losem suniesz jak taran z wysuniętą do przodu głową, która naraz natrafia na jakąś maziowatą substancję. Breja amortyzuje uderzenie i z bulgotem, ale bez większego oporu ustępuje pod twoim ciosem. Ale gdy – oszołomiony niezwyczajnym odczuciem – odsuwasz łeb, budyń wraca na swoje miejsce. Kręgi na powierzchni rozchodzą się coraz wolniej, a w końcu znikają. Powierzchnia znów jak lustro. I absolutna cisza wkoło.

No to znów próbujesz, tym razem z rozbiegu. I znów wbijasz się w kleiste coś, co oblepia ci pół głowy, słyszysz obrzydliwe mlaśnięcie, a gdy się cofasz, budyń znów wraca do pierwotnego kształtu. I wszystko wygląda jak przedtem, jak zawsze, jak gdyby nigdy nic.

Możesz krzyczeć, walić pięścią, a nawet kopniaka z półobrotu wyprowadzić, ale bądź pewien – efekt będzie ten sam. Czyli żadnego efektu nie będzie. Na budyniu twoje żałosne starania nie zrobią najmniejszego wrażenia.

Jest kilka możliwych finałów walenia głową w budyń.

1. Zmęczysz się, będziesz uderzać z coraz mniejszym impetem, a w końcu opadniesz całkiem z sił i ułożysz się na powierzchni, żeby odpocząć. I okaże się, że na leżenie w bezruchu na powierzchni nie jest wcale takie złe. Że jest miękko, fala delikatnie kołysze… I tak już zostaniesz. Budyń has you.

2. Uprzesz się, że trzeba próbować, bo przecież w końcu kiedyś budyń musi ustąpić. Błąd w rozumowaniu – budyń to bezkształtna, bezwolna masa, ona nic nie musi. Za to oblepia coraz szczelniej i wciąga coraz głębiej. Nie z powodu krwiożerczego instynktu, ona po prostu tak ma. Ale w efekcie im bardziej się rzucasz, tym szybciej znikasz w niej bez wieści. Słabo. Twój ubezpieczyciel nie uwierzy wdowie, że zabiła cię masa z jaj.

3. Całkiem szybko dociera do ciebie, że walka nie ma żadnego sensu i wyruszasz na poszukiwania innego, mniej zachłannego budyniu, z którym można się dogadać. Czyli idziesz do innej pracy.

Cóż… Smacznego.


Otagowano: 

Kategoria: Słodko-gorzkie