Wagon numer 9

(pamięci Michaiła Zadornowa) Cała historia zaczęła się od tego, że musiałem pojechać z Moskwy do Leningradu. Kupiłem bilet na miejsce w wagonie nr 2. Przyjeżdżam na Dworzec Ryski, podchodzę do pociągu, a… trzech pierwszych wagonów w składzie nie ma. Dziewięćdziesięciu pechowców – z bagażami, dziećmi i odprowadzającymi – miota się po peronie i z obłędem w oczach szuka tych brakujących wagonów. Jak ja się zdenerwowałem… Postanowiłem, że pójdę do kierownika pociągu i wszystko wyjaśnię. Ale kierownika także nigdzie nie ma. No to idę do dyżurnego ruchu i surowo pytam: “Gdzie jest kierownik pociągu?” A on odpowiada: “Gdzieś w pierwszych trzech wagonach”. Wszyscy pechowcy pokonali trasę […]

Czytaj dalej...

O poczcie jakże polskiej

Obok mojego domu otwarto nową placówkę Poczty Polskiej. Jest to miejsce niezwykłej urody, pachnące nowością, za niemałe pieniądze zaprojektowane i urządzone. Okno wystawowe wysyła do przechodniów obietnicę, że w środku jest ciepło i miło, niemal intymnie. Poczta ta mogłaby stać się najpiękniejszym (i moim ulubionym) punktem usługowym w okolicy. Serio. No to testujemy… Wchodzę do pustego pomieszczenia. Znad kontuaru widać czubek głowy w kolorze blond. “Człowiek!”, myślę z radością i, jak mnie rodzice nauczyli, mówię: – Dzień dobry. Odpowiada mi cisza. “Cóż… Może za cicho mówię, albo hałas jakiś z ulicy, albo panią praca koncepcyjna pochłonęła”, tłumaczę sobie w myślach. I mówię o pół tonu […]

Czytaj dalej...

O zakupach

Mignął mi gdzieś w TV szacowny zespół IRA i anegdota z czasów zamierzchłych mi się przypomniała. Poznań, zima 92 czy 93 roku, jeden z pierwszych finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jako szalejący reporter akademickiego radia sprawozdaję imprezę na żywo. Za łącza bilateralne służy mi publiczny automat telefoniczny zasilany garścią służbowych żetonów, bo czasy są przedkomórkowe i przedinternetowe. To także wiek niewinności, dziennikarze (nawet ci początkujący) są przyjmowani wszędzie z otwartymi ramionami, więc swobodnie pętam się za kulisami imprezy. Gwiazdą koncertu w Poznaniu jest zespół IRA. Psim swędem udaje mi się namówić dwóch jego członków na wizytę w naszej rozgłośni. Pakuję dwóch rosłych, długowłosych osobników do swojego malucha (tak, zawsze […]

Czytaj dalej...

O koszmarach

Zacznę od cytatu z klasyki: “Miałem sen”. Niezbyt oryginalny, ale tak rzeczywisty, że ojacie… Śni mi się otóż, że przyszedł list z mojej alma mater. (Tu niezbędna dygresja: z uczelnią rozstałem się ponad 20 lat temu, rozstałem jak najbardziej w przyjaźni, unosząc w kieszeni dyplom magistra.) W liście ktoś – pewnie ważny i kompetentny – donosi, że mam zaległości i powinienem natychmiast zdać pominięte egzaminy, inaczej… Detalicznie nie pamiętam, ale po prostu mogiła. I tu się budzę. Jest środek nocy. W drodze do łazienki, klapiąc bosymi stopami po podłodze, w półsennej malignie układam sobie w myślach najbliższą przyszłość: – Trzeba to jakoś załatwić. I to […]

Czytaj dalej...

O budyniu

Słuchając anegdot znajomego z firmy jego przyszło mi do głowy określenie, które chciałbym niniejszym opatentować. Otóż znajomek ów notorycznie… wali głową w budyń. Tak, w budyń właśnie. Określeniem pierwotnym jest oczywiście “walenie głową w ścianę”. Ale ta czynność, choć zdecydowanie bardziej bolesna, zwiastuje znacznie szybsze rozstrzygnięcie. Nie tkwimy w niepewności, bo od razu okazuje się: albo moja głowa, albo ta cholerna ściana. I mamy jasność, choć czasem w oczach ciemno. A czasem ta jasność nawet krwawi. Z budyniem nie jest tak krwawo, ale i nie tak szybko. Bo walenie głową w budyń wygląda tak: zmagając się dzielnie z losem suniesz jak taran z wysuniętą do przodu głową, która naraz […]

Czytaj dalej...

O rozmowie

Uwaga, wyciekły kolejne nagrania zarejestrowane na taśmach prawdy! Czas akcji: noc z 28 na 29 września br., nagrania dokonał (jakżeby inaczej) przyjaciel sowy, który akurat nie mógł zasnąć, bo Nowy Jork nigdy nie śpi. UWAGA! Nienormatywna leksyka! [gwar rozmów, śmiech, brzęk szkła] Głos 1: – Powiem ci, Barry, w zaufaniu, że to nowe państwo mnie trochę wkurwia. Głos 2: – Ajtam, ajtam, żadna nowość… Kogo nie wkurwia? Głos 1: – Ale mnie coraz bardziej. I najgorsze, że coś muszę z tym zrobić, bo mnie w kraju zjedzą. Nasi ich nie lubią. Głos 2: – Ale co zrobisz, Vlad? Nic nie zrobisz… Twój parlament się nie […]

Czytaj dalej...

O tatusiach

Wraca Młoda z podwórka niezwykle podekscytowana. Oczy błyszczą, czoło się poci, ręce drżą. W pośpiechu zrzuca sandały w progu i biegnie w głąb domu. Znajduje mnie, łapie za guzik i – zacinając się z emocji – relacjonuje: – Wiesz, tato, rozmawiałam z… Tu pada imię jednej z ulubionych koleżanek. – … rozmawiałyśmy o naszych tatusiach, i wiesz… Napięcie rośnie. – … i ona powiedziała… Emocje sięgają zenitu. – … że jej tata… Niewyobrażalne ciśnienie. -… jej tata wcale jej nie rozśmiesza!!!

Czytaj dalej...

O technologiach

Mamy XXI wiek. Mamy super technologie. Mamy czujniki, czytniki, mierniki, liczniki… Ale, dziękować Bogu, nie wszystkie dziedziny życia poddają się tak łatwo odhumanizowaniu! W centrum Warszawy, przy głównym dworcu autobusowym, działa w najlepsze parking samochodowy, który skutecznie opiera się płytkim modom i chwilowym trendom, narzucanym przez wiadomo kogo i finansowanym za wiadomo czyje pieniądze. System zarządzania tym przybytkiem składa się z pana emeryta, obgryzionego ołówka i kajeciku w kratkę. Ołóweczek wpisuje w zeszyt godzinę przyjazdu i wyjazdu każdego auta, po czym (już w pamięci operatora) zostaje obliczona należności za usługę, która w wielkim finale zostaje zainkasowana (“Ale drobne proszę…”). Proste, skuteczne, niezawodne i jakże ludzkie! […]

Czytaj dalej...

O wschodniej fantazji

Oto kilka przykładów kreatywnego podejścia wschodnich Słowian do języka ojczystego i mów obcych. W białoruskim Mińsku w dwa dni, praktycznie nie ruszając się z domu znalazłem takie perełki. Duży szacunek dla semantycznej wyobraźni, lekkości i poczucia humoru copywriterów. Sieć hipermarketów. Znaczenie nazwy angielsko-łacińskiej dość oczywiste i średnio lotne, ale nazwa czytana z rosyjska (простор, czyli prastor) oznacza wielką, otwartą przestrzeń. W przypadku gigantycznej hali sprzedażowej skojarzenie całkiem na miejscu. Knajpka o swojskiej nazwie Pabieda, czyli zwycięstwo. Ale nazwa czytana z przerwą na kufel (паб – еда) w wolnym tłumaczeniu oznacza pub z jedzeniem. Czyli jest i co wypić, i czym zakąsić. Niegłupie. Sklep z piwem […]

Czytaj dalej...

Strawberry fields forever

Podczas miksowania kolejnej porcji owoców skonstatowałem, że truskawki to jeden z niewielu smaków mojego dzieciństwa, który się przez te wszystkie eony nie zmienił. A weźmy na przykład takie dzisiejsze marketowe pomidory o konsystencji papki i papierowym smaku – w niczym nie przypominają świeżych, pachnących, ciepłych od słońca i zerwanych prosto z krzaka bulw. Można się zatem cieszyć, że kolejne pokolenie pozna przynajmniej smak prawdziwych truskawek, które – szczególnie w postaci zmiksowanej, osłodzonej i zamrożonej – znikają u nas w zastraszającym tempie. Domowy pion transportowy ledwo nadąża dowozić, a fabryka – przerabiać. No i uśmiech wywołują – odkrywane na nowo przez rynek – eko-sorbety, czyli mrożone […]

Czytaj dalej...